Przekleństwo na dwóch kółkach
Wtorek 18 marca 2014
Dziś będzie o rowerach. Nie dlatego, że coraz ich więcej na naszych drogach, co niektórym przywodzi na myśl nadchodzącą rychło wiosnę (choć trzeba przyznać, że czuć ją, bagatela, od jesieni), a innym nieodpartą chęć wciśnięcia klaksonu w swoim aucie, przy wymijaniu Bogu ducha winnego cyklisty. Są jeszcze tacy, co to na rowerach skaczą, są inni, co wręcz fruwają, ale to wszystko możemy sobie obejrzeć w telewizji albo przy okazji sulęcińskiego zjazdu cyklistów. Kolejny przykład na to, co można zrobić z dwukołowcem jest tak… no… pomysłowy, że sam ojciec Mateusz nie wpadłby na niego, a porucznik Borewicz zastygłby z wrażenie za kierownicą swego wysłużonego poloneza. Ale do rzeczy: działo się to na początku marca, w przygranicznej miejscowości, u naszych sąsiadów, konkretnie w Eisenhuettenstadt. Pewna leciwa kobiecina wzięła swój spacerowy rowerek i, jak co dzień, udała się do pobliskiego supermarketu. Po napełnieniu koszyka lokalnymi specjałami, ruszyła wesoło w kierunku wyjścia, gdzie miał czekać zaparkowany przez nią rower. „Miał” to jak najbardziej trafne określenie, bo okazało się, że pojazd zniknął. Już słyszę te głosy typu: „Nasi wybrali się na gościnne występy za Odrę”. Ok., jedziemy więc (ostrzegam, że bez trzymanki), dalej. Po kilkudniowym opłakiwaniu straty, nasza bohaterka, wybierając się z mężem na wieczornego sznapsa do niedalekiego baru stwierdziła, że chyba ma już nieźle w czubie: pod jej własnym domem stał… nieodżałowany rowerek! To nie wszystko! Do siodełka przytroczono bowiem karteczkę, na której złodziej kajał się za swój czyn, a w dowód przeprosin załączył dwa bilety na superkoncert do znanej berlińskiej hali. Niedowierzająca we własne szczęście kobieta sprawdziła w Internecie: to nie kawał. Czas, miejsce… wszystko się zgadzało. Bilety jak najbardziej oryginalne. Toteż kilka dni później dwukołowiec wylądował w piwnicy (tak bezpieczniej, chociaż kto wie?), a szczęśliwa para ruszyła w podróż (czterokołowcem z napędem) do Berlina.
Tego, czy koncert się podobał czy nie, nigdy się nie dowiemy, bo nasi bohaterowie pozostają do dziś w ciężkim szoku. Gdy po zakończeniu imprezy zziajani wrócili do domowych pieleszy, zastali tam… samą tapetę i muszlę klozetową. Resztę zabrali włamywacze – nietrudno zgadnąć, jacy. Mieli czas na wyniesienie wszystkiego. Znali przecież czas trwania koncertu, wiedzieli, jak długo jedzie się do stolicy i z powrotem…
A już sądziłem, że nic nie pobije metody „na wnuczka”. A tak na poważnie, z powyższej historii warto wyciągnąć wnioski. Bo choć nie słyszałem (jeszcze) o podobnym przypadku w naszym kraju, to prędzej czy później, fala nowatorskich metod zbójowania dojdzie i do nas. Uważajmy więc, a jeśli stracimy rower to cieszmy się, że to TYLKO rower. I broń Boże nie przygarniajmy go z powrotem…
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny







