Scena wciąż otwarta
Czwartek 21 sierpnia 2014
O naszym wrodzonym malkontenctwie, narzekactwie aż wreszcie zawiści wiele już powiedziano, także na tych łamach. Było już o drogach, mentalności i zwykłej ludzkiej życzliwości, która w magiczny sposób obraca się o trzysta ileś tam stopni, gdy widzi ona gdzieś daleko coś, co powinno być u nas zrobione podobnie. I mimo, że w rzeczywistości jest podobnie, a często i nawet identycznie, to przecież gdzieś zawsze jest lepiej, prawda…?
Tym razem uderzymy w imprezy. Tak to już jest, że latem bawimy się najlepiej (choć gdy nadejdą chłody, tylko trochę spuszczamy z tonu, no chyba że sylwester). Jest mnóstwo festynów, podczas których – coraz częściej – śpiewają gwiazdy i gwiazdki z pierwszych stron gazet, są jarmarki, kiermasze, targi, aż wreszcie festiwale, które jak dotąd w naszym regionie były zarezerwowane dla większych miast. (No dobrze, był i jest Łagów i jego lato filmowe, ale wszyscy dobrze wiemy, że ta impreza swoje najlepsze lata ma już za sobą…)
Ostatnio coś jednak ruszyło w kierunku mniejszych mieścin. No bo rozejrzyjmy się! Wszak region festiwalami stoi! Pomijam tu oczywiście Woodstock, którego to już 20. edycję mamy za sobą (a szykują się kolejne). Znacznie młodszy w kategorii festiwalowej jest „Most”. Jego druga edycja odbyła się w połowie lipca w Słubicach i Frankfurcie nad Odrą. Nie ma co się rozdrabniać: kultura, sztuka, atrakcje dla starych, młodych i tych najmłodszych, a wszystko to przeplatane spotkaniami ze znanymi, lubianymi, a przede wszystkim szanowanymi. Za wisienkę na torcie można uznać koncert na słubickim stadionie, gdzie prym wiodły polskie (i nie tylko) gwiazdy. Festiwal „Most” na dobre wpisał się w kalendarz słubicko – frankfurckich imprez jako jedno z ważniejszych wydarzeń w roku, przyćmiewając niegdysiejsze Święto Hanzy – przynajmniej po naszej stronie Odry. Część powie: „A po co to wszystko? Kiedyś było więcej ogródków z piwem, kebabów i dmuchanych zjeżdżalni, a teraz wokół tylko ci artyści…”. Na szczęście ich głos ginie w gąszczu entuzjastów nowego spojrzenia na słubickie lato. Bo granice polityczne zniknęły już jakiś czas temu. A dzięki Januszowi Hetmanowi, głównemu organizatorowi „Mostu”, padły kolejne szlabany: tym razem kulturalne. A jeśli ktoś woli określenie „kulturowe”, to jest ono również jak najbardziej na miejscu. Czekamy na następną przeprawę przez „Most”!
A skoro już chwalimy za festiwale, to kim byśmy byli, gdybyśmy nie wspomnieli o Jacku Filipku z Sulęcińskiego Ośrodka Kultury, który to, wspólnie z pozytywnie zakręconymi ludźmi ze stowarzyszenia „Icotam” od kilku dobrych lat organizuje w Sulęcinie festiwal Wake Up & Live. Dzięki nim, co roku do Sulęcina zjeżdżają ostro brzmiące zespoły ze sporego kawałka Europy. A w ślad za nimi tłumy rozentuzjazmowanych fanów. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce wokół miasta możemy spodziewać się podobnych rozmiarów miasteczka namiotowego, co w Kostrzynie nad Odrą. (Tylko prosimy, nie w centrum! I tak jeździmy tam w żółwim tempie). Wracając do miasteczka: gdyby takowe powstało, mogłoby spokojnie przetrwać całe wakacje. Bo już za pasem Reggae Festiwal, który ma się odbyć w Sulęcinie pod koniec sierpnia. Oj, nie dadzą nam odpocząć...
Opisane (zaledwie pokrótce) imprezy, to szerokiego formatu, naprawdę (a nie tylko z nazwy) międzynarodowe festiwale, które, czy się to komuś podoba czy nie, promują nasz region w niespotykany wcześniej sposób. Ale zawsze można więcej. Kto więc następny na scenie? Show must go on!
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny







