Smacznego, dzieciaki!

Poniedziałek 13 stycznia 2014

 

- Wszyscy wysiadać! Wreszcie dojechaliśmy, czeka tu na was mnóstwo wrażeń! – dało się słyszeć donośny głos na jednym z parkingów na peryferiach Gorzowa. Głos ten dochodził sprzed autobusu pełnego dzieciaków i należał do ich opiekunki, nauczycielki czy wychowawczyni… Czort wie. W każdym razie paniusia w słusznym wieku była dla rozwrzeszczanej gromadki niczym guru, bo maluchy błyskawicznie ustawiły się w pary i ruszyły za swoją przewodniczką do… No właśnie, gdzie? Co mogło wywołać u 10-latków taki wybuch entuzjazmu? Wycieczka do zoo? Najnowsza część „Shreka” na ekranie kina? No to może jakieś przedstawienie dla najmłodszych u Osterwy lub koncercik w filharmonii? Nie, nic z tych rzeczy. Bo choć faktycznie, teatr, kino czy ogród zoologiczny faktycznie może cieszyć, i to nie tylko z powodu zerwania się z lekcji, to radocha dzieciaków (sądząc po numerach autobusu, z jednej z podgorzowskich miejscowości) miała swoje źródło w zupełnie innym, bardziej przyziemnym powodzie. Akurat tankowałem swoje auto na pobliskiej stacji benzynowej, więc dokładnie widziałem, jak na oko 30-osobowa klasa hurmem wchodzi do restauracji jednej z bardziej popularnej sieci fastfoodów. Dzieci, trzeba przyznać, w kulturalny sposób, nie zakłócając innym klientom konsumpcji, ustawiły się w kolejce i jęły zamawiać. Czegóż tam nie było! Podwójny, potrójny, poczwórny hamburger, do tego tłuste frytki, plus obowiązkowa cola, aha, a to wszystko koniecznie z zabawką! No a na deser oczywiście koktajl mleczny, względnie ciacho, lód z toffi…. uf.

Cudem znalazłem miejsce, zamówiłem kawę i z rozbawieniem wsłuchiwałem się w rozmowy naszej „przyszłości narodu”. A sądząc po tym, co dotarło do moich uszu, śmiało można stwierdzić, że naszym włodarzom pod ich bokiem rośnie – dosłownie – konkurencja. I może rzeczywiście nasi mali Lubuszanie osiągną w życiu to, co chcą, o ile wcześniej nie padną od nadmiaru tłuszczu, cholesterolu i innych temu podobnych świństw. Nie byłbym sobą, gdybym nie spytał pani wychowawczyni, czy uważa wizytę w takiej restauracji za idealny sposób spędzania wolnego czasu swoich podopiecznych? Ów pani, między jednym kęsem big-maca a drugim wzruszyła ramionami, odpowiadając, że w sumie to ona jest przeciwna, ale ostatecznie decydują rodzice, więc szkoła ma związane ręce. I takie wycieczki (ta szkoła) urządza przynajmniej dwa razy w miesiącu (!) Pokazała mi także dwójkę uczniów, którzy nie uczestniczyli w tej orgii żarcia. Chłopiec i dziewczynka. Siedzieli sobie spokojnie pod oknem, czekając aż ich koledzy wrzucą w siebie kolejną porcję śmieci. – Ich rodzice się nie zgadzają na takie jedzenie, bo mają obiad w domu – oznajmiła mi nauczycielka. Do dziś się zastanawiam, czy w jej głosie nie wyczułem nutki szyderstwa.

I tak naszym milusińskim zleciał czas. Czas, który mogliby spokojnie spożytkować na grę w nogę czy choćby zabawę w chowanego. Ba, nawet godzina przy komputerze byłaby zdrowsza. Ale nie. Wybrano wariant B. „B” jak „big-mac”

Nie, nie jestem całkowicie przeciwny fastfoodom. Nieraz, zagoniony, jestem zmuszony przegryźć coś podobnego po drodze. Ale pamiętam, że kiedy ja miałem 10 lat, to chodziło się z klasą do parku, na przedstawienia, a po drodze ewentualnie na lody. Zorganizowane wycieczki do restauracji oferującej niezdrowe przecież dla naszych pociech jedzenie to zdecydowana nowość. I nikt mi nie powie, że wzięła się ona z Zachodu. W tamtejszych szkołach bowiem edukuje się uczniów w zakresie zdrowego odżywiania. Być może w naszych także. Jednak co z tego, skoro zaraz po teorii następuje praktyka, podczas której niweczone są wszelkie zamierzenia programu edukacji? Smacznego, dzieciaki... I czekam na kolejne wrażenia z waszych wycieczek,

 

Wojciech Obremski

 

Redaktor naczelny

wykonanie: gardziejewski.pl