Wytężmy wzrok

Czwartek 17 lipca 2014

Afera podsłuchowa na pełnym rozruchu. Kraj, a wraz z nim wszelkiej maści media aż huczą od domysłów, kto nagrywał, co zapisał, a na końcu do kogo należały dyktafony. No i pewnie potrwa to jeszcze jakiś czas, a wszyscy na Wiejskiej i tak będą mieli gdzieś, że właśnie zaczął się sezon ogórkowy. A trwa on w najlepsze, mimo, że nie zawsze za oknem to widać. Ale sorry, taki mamy klimat…

No właśnie, klimat. – Jacy wy głupi jesteście! – wyzywał niedawno z łamów „Gazety Wyborczej: Dużego Formatu” mieszkający od 4 lat Ukrainiec Włodek. Rzecz jasna, nie chodziło mu o aurę, zresztą o tej porze roku bardzo kapryśną, a o naszą legendarną samoocenę. – Przyjeżdżam tu do was od lat 80. i widzę, jak jest – kontynuuje Włodek, który podróżuje po Francji i Niemczech i twierdzi, że między nimi a Polską nie ma żadnej różnicy. – Pomyślcie sobie, czy warto narzekać, jeśli są ludzie, którzy przyjeżdżają do was po nowe życie? – zastanawia się nasz sąsiad.

No cóż, śmiało można stwierdzić, że różnice między dawnym Zachodem a nami powoli, ale jednak wciąż się zacierają. Nawet na te nieszczęsne drogi narzeka coraz mniej kierowców – zresztą nic dziwnego, skoro nowe dwupasmówki powstają jak grzyby po deszczu.

Tych „echów” znajdzie się jeszcze sporo, ale zbierając do kupy wszystkie „za” i „przeciw” najgorzej wypadają tylko dwa (no dobra, wielu powie „aż”), aspekty: zarobki i bezrobocie. Choć nie trzeba być Balcerowiczem by stwierdzić, że te pierwsze regularnie rosną, a to drugie… hm… nawet, jeśli nie leci w dół, niczym meteor tunguski, to przecież nie odstaje od poziomu niektórych „starych” krajów wspólnoty. Jednak nasza narodowa cecha – narzekanie na wszystko i wszystkich, wciąż jest nie do wytępienia. I choćbyśmy poprowadzili autostradę po sam Krym, a Polska byłaby pierwsza we wszelkich unijnych rankingach, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „można było lepiej”. I nie mam wcale na myśli opozycyjnych polityków. To my, zwykli, szarzy mieszkańcy, zamiast cieszyć się zmianami, które, bądź co bądź, widać gołym okiem, ciągle kręcimy nosem. I szkoda, że musiał nam to uzmysłowić mieszkaniec ościennego kraju. Kraju, który, mimo, że nie leży w trzecim świecie, zmaga się z bratobójczą wojną.

Ostatnio odwiedził mnie mój przyjaciel, z którym udałem się na wycieczkę po przygranicznych Niemczech. Dodam, że przez całą drogę ględził, jak to my jesteśmy w tyle, a nasi sąsiedzi jadą po bandzie. Szkoda tylko, że on sam, ledwo za Frankfurtem nad Odrą, nie zauważając wielkiej dziury w drodze, ostro nadwyrężył zawieszenie swojego auta. Nadmienię, że do granicy jechał dobre 300 km przez Polskę piękną (choć płatną) autostradą, gdzie nie mogło być mowy o podobnej przygodzie.

- Nie ma żadnej różnicy między Paryżem a Warszawą – uważa Włodek z Ukrainy. Skoro on jej nie widzi, to może i my powinniśmy wytężyć wzrok…?

 

 

Wojciech Obremski

Redaktor naczelny

 

wykonanie: gardziejewski.pl