W was nadzieja!
Piątek 24 października 2014
Były czasy, gdy sądziłem, że w przygranicznych miejscowościach język sąsiada zna każdy. No bo jak to: przecież ludzie, których oddziela od siebie jedynie rzeka nie mogą aż tak się różnić, a i mowa tego drugiego nie może stanowić trudności dla żadnej ze stron. Tak oceniałem mieszkańców zachodniego pogranicza jakąś dekadę temu, kiedy żyłem sobie w centralnej Polsce. Gdy zamieszkałem, można by rzec, nad Odrą, swoje poglądy musiałem poważnie zweryfikować.
„Ja, nein, danke, Zigaretten, Alkohol” – to z grubsza pierwsze słowa, które usłyszałem po niemiecku… po polskiej stronie. Przeważnie w sklepach i na bazarach. To w zasadzie wszystkie wyrażenia w języku Goethego, które można było wyłapać od Słubic po Sulęcin. A skoro już przy tych miejscowościach jesteśmy, to zauważyłem też, że mieszkańcy pogranicza znają je oraz okoliczne wsie jak własną kieszeń. Dlaczego więc wiedza ta kończy się na pobliskiej przecież linii Odry, co najwyżej we frankfurckim Kauflandzie czy Aldim?
Na szczęście rośnie pokolenie młodych, dla których nich nie ma „nas” i „ich”, młodych, którzy potrafią się dogadać – nie tylko zresztą po niemiecku, młodych, którzy wiedzą, gdzie we Frankfurcie można pójść do teatru, kina czy nawet na piwo. Dla nich, oprócz granic politycznych, padły także granice kulturowe. Oni wiedzą, gdzie, co i jak po drugiej strony rzeki. Szkoda tylko, że póki co wśród nich prym wiodą ci spoza regionu, a nawet województwa – mowa tu o studentach, którzy jako nieliczni postrzegają pogranicze jako wspólne, kulturowe El Dorado.
Co z tego więc, że Unia daje kasę na transgraniczne projekty, że mamy autobus jeżdżący przez graniczny most, że nasze dzieci chodzą do polsko - niemieckiego przedszkola, że buduje się Centrum Współpracy Polsko – Niemieckiej, że organizuje się transgraniczne festiwale i buduje wspólne ciepłociągi, skoro i tak nic o sobie nie wiemy?
Owszem, niemal każda przygraniczna gmina chwali się współpracą z sąsiadem, nasi włodarze goszczą tych sąsiednich, współpraca gospodarcza i kulturalna (nie mylić z kulturową) kwitnie. To trzeba rzeczywiście przyznać. Jednak dla zwykłych mieszkańców wciąż niewiele to znaczy! Gdyby nawet burmistrz Słubic czy Sulęcina ugościł samą panią Merkel, nie zmieni to u Kowalskich czy Nowaków pryzmatu postrzegania swego sąsiada.
Żeby nie być posądzony o to, że atakuję tylko jedną, w dodatku „naszą” stronę, muszę lojalnie przyznać, że wielu odwiedzających przygraniczne miejscowości sąsiadów także nie ma zbyt wygórowanych integracyjnych ambicji. Tanie papierosy, whisky, bagażnik i… nach Hause. Pewnie, jest i tak. Na szczęście i oni mają u siebie młodych, którzy chętnie garną się do swych polskich rówieśników. A kiedy ci młodzi z obu stron rzeki połączą wreszcie swe siły, wtedy będziemy mówić o zlikwidowaniu kolejnej granicy – kulturowej. Kiedy to nastąpi? Historia uczy, że stereotypy czy animozje szybko nie znikają. Jednak wszystko da się przyspieszyć. Wystarczy tylko chcieć. A więc młodzi, w Was nadzieja!
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





