Pod prąd...
Czwartek 18 sierpnia 2016
O „muzykowaniu” w małym Sulęcinie, planach, marzeniach i poglądzie na życie z niepokornym i bezkompromisowym Łukaszem Łyczkowskim rozmawia Adam Piotrowski
Przekrój Lokalny: Skąd wzięła się pasja do muzyki, od kiedy i jak wyglądały początki Łukasza „Łyczka” Łyczkowskiego?
Łukasz Łyczkowski: Przygoda z muzyką rozpoczęła się już bardzo dawno temu, bo już w szkole średniej. Z początku bardzo mało osób wiedziało, że śpiewam i muzykuję. Byłem bardzo nieśmiały. W końcu jednak się przełamałem i mój pierwszy występ publiczny miał miejsce 15 lat temu. Gusta mi się oczywiście zmieniały. Zaczynałem od hip-hopu. Do dziś mam w swoim archiwum nagrania kilku piosenek hip-hopowych. Może nawet będzie za jakiś czas mariaż z chłopakami, którzy tworzą hip-hop w Sulęcinie. Szybko jednak dorwał mnie rock and roll i tak trzyma po dziś dzień. Ten gatunek pochodzi od muzyki bluesowej, która też mocno we mnie drzemie. Jestem zakochany w muzyce z lat ’60 i ’70, w „Led Zeppelin”, Jimim Hendrixie, „The Doors” i próbuję dzisiaj tak grać – klasycznego rock and rolla z tamtych czasów. Tu też mniej więcej jest umiejscowiony mój zespół „5 RANO”, z którym jestem związany od samego początku, tj. od 12 lat.
PL: Na początku twojej kariery muzycznej dużo było „Dżemu” i Ryszarda Riedla. Rozumiem, że to wokalista, który ma dla ciebie szczególne znaczenie?
ŁŁ: Do tej pory postać Ryszarda Riedla przewija się w moim życiu. Jeżeli mówimy o muzyce bluesowej w Polsce, to ona kojarzy się z Riedlem i Nalepą. To były postacie najsilniejsze i one niewątpliwie miały na mnie wpływ. Nalepa i teksty Loebla od strony tekstowej, a Riedel całokształtem – jest to dla mnie postać pomnikowa. Przez lata wykonywałem utwory Ryszarda Riedla i przesiąkłem jego twórczością. Wielokrotnie miałem zaszczyt supportować zespół „Dżem”. Już niedługo, we wrześniu po raz czwarty będę miał taką okazję. W 2013 r. zostałem zaproszony do koncertu „Życie”, gdzie miałem okazję śpiewać na scenie razem z synem Ryszarda Riedla - Sebastianem Riedlem. To dla mnie jedna z najpiękniejszych przygód muzycznych.
PL: Czy oprócz Riedla i Nalepy ktoś był lub jest dla ciebie życiową muzyczną inspiracją?
ŁŁ: Czesław Niemen. Postać do tej pory nieodgadniona i nie wyeksponowana należycie. To był wokalista o kosmicznym głosie. Postać, która powinna być dostrzeżona na całym świecie. Są też inne zespoły, szczególnie te wywodzące się z południa Stanów Zjednoczonych. Są to Warren Haynes i zespół „Gov’t Mule”, Cry of love, Rival Sons i Paul Rodgers.
PL: Zawsze chciałeś być muzykiem?
ŁŁ: Przede wszystkim czułem, że chcę ,,wyjść poza schematy i ramy”. Dlatego zawsze chciałem być muzykiem. Mając 30 lat na karku nadal marzą mi się wielkie sceny. Już kilka razy stanąłem przed wielkim audytorium. Występowałem na Przystanku Woodstock, przed kilkunastotysięczną publicznością podczas bicia rekordu Guinnessa we Wrocławiu. Zdarzyło mi się nawet zagrać z Orkiestrą Symfoniczną w Filharmonii .Jak raz się w tym zasmakowało, to nie chce się przestać. Ciągle więc staram się wykorzystywać wszystkie szanse by móc stwierdzić, że jestem muzykiem.
PL: Miałeś jakieś chwile zwątpienia co do swojej przyszłości?
ŁŁ: Pojawiają się co parę dni – odwoływane koncerty z dnia na dzień, nie spełnione obietnice, propozycje, które okazywały się gołosłowne. Przede wszystkim chwile zawodu są wtedy, gdy odbijasz się od ustawionych przeglądów, konkursów. Jak nie chcesz iść na układy, kompromisy, to nie pniesz się do góry. Polską muzykę zabijają wielkie koncerny nastawione na zysk i programy typu talent show.
PL: Ale sam byłeś w takim programie?
ŁŁ: Jak wiele innych zespołów byliśmy pod ścianą. Z zespołem „Sold My Soul” musieliśmy być w „X Factor”, bo tak chcieli sponsorzy płyty. Uczestnictwo dało nam też trochę satysfakcji, bo dotarliśmy dość wysoko i dużą przyjemnością dla mnie było śledzić wsparcie, jakie dostawałem od ludzi z Sulęcina i nie tylko. Więc tak, popełniłem ten grzech niezależnego muzyka i byłem w programie typu talent show.
PL: Nie uważasz jednak, że udział w talent show jest sporym ułatwieniem w pokazaniu siebie, swojej muzyki szerszej publiczności?
ŁŁ: Tak, to prawda, magia srebrnego ekranu robi swoje. Siła rażenia jest ogromna. Ja wolałbym jednak dojść do celu normalną, szlachetną drogą, a nie drogą, którą narzuca mainstream.
PL: By osiągnąć upragniony cel nie zawierasz niewygodnych dla ciebie kompromisów?
ŁŁ: Z tego powodu między innymi tak, a nie inaczej potoczyła się moja kariera. Nie tak dawno temu prowadziłem rozmowy z zespołem „Oddział Zamknięty”. Jednak z mojej strony wyczuwalne było to, że nie do końca akceptuję to co miałbym wykonywać.
PL: Oprócz „5 RANO” pojawiałeś się w innych zespołach. Mam tu na myśli „Sold My Soul”, w zespole Leszka Cichońskiego i w „Bene Vestri”.
ŁŁ: Z zespołem „Sold My Soul” współpracowałem przez 3 lata. Rozstaliśmy się w kwietniu tego roku. Niestety, odległość, intensywne plany tego zespołu i różnica charakterów spowodowały, że nasze drogi się rozeszły. Ale było to wspaniałe doświadczenie i wspaniałe chwile, jak np. wygrana na festiwalu Ryszarda Riedla w 2013 r.
„Bene Vestri” ciągle trwa, tylko ubolewam, że jest coraz mniej zainteresowanej młodzieży. Zespół oprócz muzykowania ma na celu wychowanie młodzieży, wzmocnienie ich kręgosłupów moralnych. Filarem zespołu jest Jarosław Derewlany i razem staramy się ściągnąć do nas nowych ludzi.
PL: Powróćmy do zespołu „5 RANO”. Stawiacie głównie na swoje piosenki czy covery?
ŁŁ: Zespół powstał po to, żeby grać przede wszystkim swoją muzykę. Oczywiście na koncertach wspieramy się coverami, ale one mają na celu przedstawić skąd pochodzi nasza muzyka. Tą są utwory naszych idoli. To też poprawia nasz warsztat, bo jeżeli zmagamy się z utworami „Led Zeppelin”, to jest to materia arcytrudna.
PL: Piosenki komponujesz sam?
ŁŁ: Wraz z Łukaszem Łabęckim jesteśmy duetem twórczym. Oczywiście pozostała trójka w zespole też dodaje coś, ale głównie to my od 12 lat piszemy utwory dla „5 RANO”.
PL: Komponujecie pod jakiegoś konkretnego odbiorcę?
ŁŁ: „5 RANO”, to jest bardzo egocentryczny zespół. Komponujemy głównie pod siebie. Żeby grać to co chcemy, i żeby sprawiało nam to przyjemność. Uważam, że jeżeli muzyka ma być szczera, to nie może w niej być ani kszty kunktatorstwa. Zawsze mamy jednak nadzieję, że się to odbiorcy spodoba. I chyba to jest dobry kierunek, bo nasza publika cały czas się poszerza. Zespół trochę przez te 12 lat się zmieniał. Jak każdy inny, co jakiś czas zmagamy się z problemem odejścia jakiegoś członka zespołu. Mieliśmy ostatnio absencję perkusisty. Naszym nowym perkusistą jest Emil Chamarczuk. Jego styl gry wpłynął na to jak teraz gramy – trochę mocniej i agresywniej.
PL: Niedawno braliście udział w festiwalu w Ścinawie.
ŁŁ: W tym roku wybraliśmy kilka festiwali na które postanowiliśmy się zgłosić. Festiwal „Blues nad Odrą” w Ścinawie odbył się 15 lipca i zostaliśmy jego laureatami. To nas przybliżyło do innego celu, jakim jest wydanie płyty.
PL: Wspomniałeś wcześniej, że dla niektórych osób twoje poglądy są zbyt radykalne. Co takiego powoduje, że Łukasz Łyczkowski jest postacią kontrowersyjną?
ŁŁ: Dla mnie moje poglądy są całkowicie normalne. Nie kryję się, że mam poglądy prawicowe, które być może przez niektórych uważanie są za radykalne. Nie mam pojęcia dlaczego zdrowo pojęty patriotyzm, troska o tradycję, historię, poszanowanie starszego pokolenia może być dla kogoś czymś radykalnym.
PL: W twoim przypadku to się przekłada na konkretne działania. Wiem, że jesteś mocno zaangażowany w budowę pomnika żołnierzy wyklętych w Sulęcinie. Jak wygląda sytuacja?
ŁŁ: Sytuacja jest dobra. Zbieramy fundusze, których jest coraz więcej. Trwają też prace nad sprawdzeniem ludzi, których chcemy upamiętnić. Chcemy postawić pomnik tylko i wyłącznie ludziom o szlachetnej i nieskazitelnej biografii. Dlatego w Instytucie Pamięci Narodowej prowadzona jest dokładna weryfikacja żołnierzy niezłomnych działających w okolicach Sulęcina. Zawiązała się przy tym wspaniała grupa ludzi, którzy mają czyste intencje. Mam nadzieję, że ten pomnik, to będzie tylko początek naszych działań.
PL: Od urodzenia mieszkasz w Sulęcinie. Czy to przypadek?
Absolutnie nie. Ja uwielbiam Sulęcin. Tu jest moja rodzina, tu zacząłem pierwsze kroki muzyczne i tu zawsze wracam. Mogę podróżować w różne miejsca, ale ciągle wracam do Sulęcina. Ubolewam tylko, że na ulicach naszego miasta jest coraz mniej młodych ludzi. Oni wyjeżdżają i niestety nie wracają. Oferta tego miasta jest dla nich zbyt słaba. Chciałbym pomóc w tym, żeby się to zmieniło, żeby to miasto z powrotem ożyło. Również kulturalnie. Na łamach Przekroju Lokalnego deklaruję, że jeżeli są zainteresowani, by podnieść trochę swój warsztat muzyczny, to chętnie pomogę.
PL: Jako człowiek o prawicowych poglądach, lokalny patriota, jak uważasz, co musi się „zadziać” w Sulęcinie, żeby młodzi po ukończeniu szkoły tu zostawali?
ŁŁ: Znam się trochę na muzyce, nie na ekonomii, ale grunt to dzisiaj dobre miejsca pracy. Ludzie chcą godnie żyć i dopóki nie będzie się u nas zarabiać więcej, to będą emigrować. Trzeba coś zrobić ze szkołami średnimi, bo młodzież nam ucieka do większych miast i tam zostaje. Brakuje mi też w Sulęcinie jakiegoś kulturalnego wydarzenia, które przykułoby uwagę. Mamy ciągle rozrastający się festiwal „Wake Up&Live”, ale mi marzy się kameralny festiwal bluesowy, gdzie grają przede wszystkim zespoły z Lubuskiego. Sulęcin musi być jeszcze stymulowany na wielu obszarach, by trend emigracyjny zatrzymać.
PL: Jakie masz plany na bliższy dalszy czas? Twoje i „5 RANO”
ŁŁ: Płyta, płyta i jeszcze raz płyta. W 2017 r. chcemy wydać płytę, ponieważ jesteśmy już na nią przygotowani. Zamykam oczy i wiem jak to wszystko ma wyglądać. Do płyty chcemy nakręcić klip, który będzie kręcony w Sulęcinie. Płyta będzie kolejnym biletem do dalszych działań. Moje osobiste marzenie, to zarejestrować swoją solową płytę. Równolegle do „5 RANO” ciągle komponuję muzykę trochę spokojniejszą, bardziej folkową. Chciałbym też kiedyś zaśpiewać na scenie z moim idolem Warrenem Haynesem i wierzę, że to stanie w nieodległym czasie.
PL: I tego wszystkiego życzymy!
Notował: Adam Piotrowski






