Taxi, iskra i.. refleksja
Niedziela 22 grudnia 2013
Cisza przed burzą. To określenie idealnie pasuje do tegorocznego dnia Wszystkich Świętych, kiedy to cała Polska jak długa i szeroka wybierała się na groby swoich bliskich. Tutaj, w refleksji i skupieniu kładliśmy puszyste chryzantemy i zapalaliśmy znicze na świeżo wychuchanych mogiłach. Na ekranie telewizora przewijały się postaci, których przyszło nam pożegnać w ostatnich miesiącach, a temu wszystkiemu towarzyszyła nastrojowa muzyka.
Każdy dobry muzyczny utwór ma jednak swój koniec, bo przecież w kolejce czeka tzw. mocne uderzenie. W ten sam sposób dobiegły końca te refleksyjne dni. (Od razu muszę podkreślić, że nie chodzi mi o zadymy w Święto Niepodległości czy ostatnie wydarzenia na Ukrainie. Mam na myśli swoją skromną osobę, dlatego jeśli ktoś posądzi mnie o egoizm, to z góry się z nim zgadzam).
Zaczęło się tuż po Zaduszkach, kiedy to, poniekąd uduchowiony, wracałem wieczorem pociągiem ze swojej rodzinnej Bydgoszczy . Wysiadam z pociągu, próbuję odpalić samochód, który, pozostawiony na dworcowym parkingu w Rzepinie spędził dziesięć dni i… nic. Panowie (i nie tylko) kierowcy znają to uczucie niemocy, kiedy to kręci się kluczykiem na lewo i prawo, a w odpowiedzi słyszymy tylko zgrzyty i widzimy przygasające kontrolki. Tak, tak. Moje auto padło ofiarą zimowej zmory motoryzacyjnej . Mówiąc krótko: zdechł akumulator. Nauczony jednak doświadczeniem z lat poprzednich, wożę w bagażniku kable z krzyżykiem i kreseczką. Dlatego panika poszła w las, a ja na niedaleki postój taksówek, gdzie trzech taryfiarzy z nadzieją w oczach obserwowało wysiadających z „mojego” pociągu pasażerów. Wszyscy oni jednak udali się w swoją stronę, prosto w swe domowe pielesze. Widząc to, taksówkarze wrócili do swoich krzyżówek, a wokół dworca zapanowała grobowa cisza. Dlatego nie miałem wyrzutów sumienia, prosząc pewnego „drajwera” o chwilowe opuszczenie posterunku, celem użyczenia mi zbawiennej, akumulatorowej iskry. W odpowiedzi usłyszałem jednak, że nie może niestety pomóc, gdyż w każdej chwili może nadejść klient i co wtedy?! No tak... Przecież rzepiński dworzec o 21.00 wypełniony jest po brzegi międzynarodowym tłumem niczym na Warszawie Centralnej, a każdy spieszący się desperat jest gotów zabić dla zdobycia taryfy. Z braku czasu zostawiłem ten sarkazm dla siebie, machnąłem ręką i poleciałem do drugiego taksówkarza. Ten, nie wdając się w zbędne dyskusje, odpalił swój wóz, podłączył go do mojego zmarzniętego maleństwa (chodzi o samochód, rzecz jasna) i już po paru chwilach silnik pracował aż miło. Ów dobroczyńca za swój czyn nie chciał ani grosza, co stawia go jeszcze wyżej na moim prywatnym piedestale.
Tak to już jest w życiu, że za wszystko trzeba płacić. Dlatego nie zdziwię się, że pan, któremu nie chciało się użyczyć swych klem, stoi po dziś dzień na swoim rzepińskim postoju, zastanawiając się, jaka to papuga ma trzy litery i zaczyna się na „A”. Natomiast jego kolega, który mi pomógł, nie chcąc niczego w zamian, nie może opędzić się od pasażerów.
Niektórzy spytają: po co ten wywód? Nie jemu pierwszemu siadło auto i nie jemu pierwszemu ktoś odmówił pomocy. Ale ja wiem, że ten magiczny, świąteczny czas, który nadchodzi wielkimi krokami, powinien zmuszać do refleksji nad zwykłymi, ludzkimi odruchami, których w tym naszym rozpędzonym świecie coraz bardziej brakuje. Ja już jedną taką refleksję mam za sobą i… no dobrze, dobrze, biorę się teraz ze siebie. Czego i Wam życzę w Nowym Roku.
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





